Z założenia zabawne, acz weryfikowane w praktyce, komentarze i opinie nt. otaczającej rzeczywistości maści wszelakiej
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
RSS
wtorek, 23 lutego 2010

Coś się kiedyś kończy, a coś zaczyna. Każdy początek ma swój koniec. Każdy kij ma dwa końce, a bez kija nie podchodź. Garść mądrości przez duże M z samego rana jest lepsza niż śmietana. I to śmietana prosto od krowy, jak mawiała swego czasu moja sąsiadka.

Ten refleksyjny, bezpretensjonalny nastrój wywołały u mnie zmiany klimatyczne. W aspekcie mikro czyli w okolicach mego siedliska toruńskiego. Ano puszcza. Kto? Co raczej. Zima. Przynajmniej tak mi się zdawa, a zdawa mi się czasem trafnie. Bo nie ma co, ale ten nie przymierzając kwartał białego szaleństwa jednak mógłby się już powoli zebrać. Nie to, żeby świat po ustąpieniu Pani Zimy nagle stał się piękniejszy. To co spod śniegu się wyłania jest - delikatnie mówią - takie se. A to te drogi, które wyglądają jak po nalotach dywanowych (to już nie dziury: to kratery!! I kłania się tu któreś z praw Murphy'ego: im nowszy asfalt tym dół śmielej powstaje), a to kloaki potocznie parkami zwane (swoją drogą cieszmy się, że obywatele krajanie mają upodobanie tylko do psów i kotów - a gdyby tak nagle zaczęłi wyprowadzać takie np. konie? Już mam przed oczami dzieciaki unurzane po kolana w fekaliach, a nie tylko podeszwy jak dotychczas - więc chyba nie jest źle?). Ale przecież Dzień Kobiet za pasem, więc jak to tak, w śniegu z goździkami w dłoniach się przebijać? Kto to widział? Ktokolwiek wie? A zatem kończym, dorźnąć watahy śnieżne czas i za wiosnę się brać. Rzekłem!

Z innej beczki. Niedawno usłyszałem w telewizorni, że kolega Włodzimierz Szaranowicz zalicza już 16te igrzyska olimpijskie. Oczywiście nie 16te zimowe, ale łącznie. Przynajmniej tak mi wychodzi z pobieżnych rachunków. Niemniej czuje się, że to już doświadczenie nie w kij dmuchał (znów ten kij? Dlaczego? Po co? Może psychoanalityk potrzebny?). Takie na przykład wczorajsze komentowanie popisów naszej drużyny skoczków. Oczywiście gołym okiem widać, że to żadna drużyna, a skoczek i zasadniczo trzech kolegów w elemencie dekoracyjnym. Argumentacja, że statystycznie w poprzednim konkursie mieli brąz, a teraz niespecjalnie im wyszło jest mniej więcej taka, jak to, że Anna Rechnio bezbłędnie jechała wiekszość programów. Ale na treningach. Niemniej to są fakty, ale od emocji jest niezrównany komentator. Te stany napięcia, czy wręcz orgiastyczne, te budzenie nadziei: miód... Nieważny jest przecież wynik, liczy się udział. I emocje. A tych, dzięki niestrudzonym komentatorom, jest nierzadko więcej niż w przypadku samych naszych uczestników. Zawsze coś.

06:53, piotr_raku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2010

Kolega Prezes Apoloniusz rzekł, że po wczorajszym sukcesie Justyny Kowalczyk to są najlepsze dla nas zimowe igrzyska olimpijskie w historii. Nie śledzę, czy wręcz nie zgłębiam historii naszych startów zimowych, nie wkuwam na pamięć statystyk medalowych, ale przyjmując że jest to rzeczywiście prawda: dziwnie to zabrzmiało. Rozumiem, że Kolega Prezes stany euforyczno-egzaltacyjne zaliczył, więc zrzucam tę wypowiedź na karbę tychże stanów. Ale w kraju, który przy odpowiednio podsycanej polityce prorodzinnej (tak subtelnymi narzędziami jak np. becikowe czule flaszkowym zwane) jest w stanie rychło złamać 40 milionów, a także - mimo że jak za Jagiellonów 2 mórz już nie posiada (choć niektórzy pewnie chętnie by nad tym popracowali) - kilka pasm górskich posiada, szereg związków sportów zimowych (z szeregiem prezesów i innej maści niezbędnych działaczy) to dziwnie jednak brzmi ta informacja. 2 medale robią historię?? To może poprosić kadrę, żeby już wracała, bo jak dojdzie jeszcze kilka to nie tylko Kolega Prezes ale i kraj tego nie uniesie? A po co nam to? Przecież wszyscy wiedzą, że nad Wisłą mamy w innej dyscyplinie światowe osiągnięcia. To inny sport narodowy rządzi. I inny Kolega Prezes. A zatem do kopania piłki trza nam wracać!

Tyle wstępu. A teraz najważniejsze: PANI JUSTYNO WIELKIE GRATULACJE!!!

A teraz na zakończenie mały humorystyczny gest na zbliżający się weekend. Kolega podesłał, nie wiem kto jest autorem, ale publikacja niniejsza nie ma charakteru komercyjnego, więc zakładam, że nieznany i niezidentyfikowany autor poniższą publikację wybaczy:

Wierszyk na dziś

Wszystkie zamieszczone tutaj poglądy są wyłącznie moje własne, mają charakter prywatny i nie mogą w żaden sposób być interpretowane jako reprezentatywne dla któregokolwiek z moich pracodawców.

Tagi: humor sport
12:18, piotr_raku
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010

Proszę bardzo, jak to w naszym kraju przedmurza ateizmu robi się coraz ciekawiej. Przynajmniej jeśli obserwuje się naszych wybrańców. Nie, nie sportowców, celebrytów czy przewodniczących samorządów uczniowskich. A polityk(kier)ów. Człowiek sobie obiecuje, że będzie opisywał rzeczywistość wszelaką, podzieli się wrażeniami ulotnymi jak puch z poduszki czy zaduma nad losem losu. A tu nic, nasi górą, walą się czym popadnie i jak popadnie, coraz częściej i śmielej. Skoro teraz już emocje jak nie przymierzając w fazie play-off rozgrywek uniwersyteckiej ligi hokejowej na Seszelach to co będzie dalej, jak już wejdziemy w fazę pucharową? Nie wiem czy to uniosę.

No, ale nie można się poddawać. Kontrakt lukratywny na pisanie jest (ciekawe, czy te zdania ktoś monitoruje? Może jaki agent z ABC już powoli zachodzi w głowę - bo przecież nie w ciążę? - kto, gdzie, z kim, za ile, o której i po ile wyczarował ten kontrakt? I dlaczego akurat dla mnie? Czy była tam willa? Oj, zbaczam na bok, choć czy można zbaczać na tył...), więc robotę trza wykonać. Zostawmy jednak na razie spór kto co zbierał, kto nie zdążył zbierać, kto podbierał, a kto dobierał do fulla. Temat jeszcze trochę pożyje (choć im dalej w las, tym krócej i krócej to będzie, jak nie przymierzając te motyle, co latem śmiercią waleczną choć gwałtowną odchodzą, biorąc na twarz chłodnicę mego auta rozpędzonego na cząstce drogi wciąż szumnie zwanej autostradą A1). Temat vel zagadnienie istotne inne, choć przecież również ze świata wielkiej polityki, poruszyło mnie jak Mamonia pieśń. Otóż, jakkolwiek wtorki to nie me dni, bo doba z racji wczesnego wstawania dłuższą jest, wieczorem wczoraj tępym wzrokiem wpatrzony w wielki błękit w domu z betonu nagle, gwałtownie wybudzony zostałem. Oto relacja z posiedzenia komisji śledczej, pieszczotliwie hazardową zwaną. I dyskurs pomiędzy członkiem-posłem-śledczym a świadkiem. Pani świadek wchodzi w polemikę z posłem na temat zupy, jej koloru, smaku, zabielania, doprawiania. On dopytuje, ona krotochwilnie uśmiechnięta odpowiada, żartuje, by nie rzec: wręcz przekomarzają się. Co nie wtajemniczeni lub zauroczeni mogli i wrażenia flirtu jakowego mieć. Ach jak dowcipinie, ach jak przyjemnie. I tylko szkoda, że ten wątek tak szybko jakoś wygaszony, że tylko kilka minut trwał. Przecież mogliśmy się jeszcze dowiedzieć tylu istotncyh kwestii. Czy rosół z kostki robiony był, czy tez jak za dawnych czasów na kostce schabowej (ach!) przyrządzany, co taki posmak daje. A pomidory z puszki, czy raczej świeże, z działeczki przydomowej malutkiej, acz płodnej, sparzone przed dodaniem, świeżym latem pachnące? A co do niej: swobodnie spadające ziarnka ryżowe z pól nawadnianych napalmem, czy raczej kluski rękami polskiej kucharki wyrabiane i umiejętnie rzucane na wrzątek? A zastawa jaka: pamiętająca czasy wczesnego generała, czy też z piwnic, w częsci tylko zagrabiona przez najlepszą z armii, wytargana porcelana rodowa? Tyle wątków można by przecież jeszcze poruszyć, tyle spraw ważkich sprawdzić czy dopowiedzieć. Szkoda, ale dobre i to.

Otwarte tylko zostaje pytanie czy to aby i to miejsce, i ten czas, by takie właśnie rozmowy prowadzić?

Wszystkie zamieszczone tutaj poglądy są wyłącznie moje własne, mają charakter prywatny i nie mogą w żaden sposób być interpretowane jako reprezentatywne dla któregokolwiek z moich pracodawców.

18:37, piotr_raku
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010

No i stało się. Nadszedł czas zmian. Niby weekend krótki, a jednak.

Najpierw nowa jakość w polityce. Zbliżające się kolejne wybory mające wyłonić namaszczonego poparciem społecznym kolejnego lokatora Pierwszego Domu (za Jolantą Kwaśniewską - skądinąd fajnie to jednak brzmi: Pierwszy Pies, Pierwszy Samolot, Pierwsza Lufka, Pierwsza Siostra, etc.) wprowadzają nową jakość. Kampania będzie merytoryczna, merytoryczna, i jeszcze raz merytoryczna, aby kandydaci - każdy mający ukończone 35 lat, a więc reprezentujący już jakieś dokonania na niwie zawodowej oraz posiadający pewne doświadczenie życiowe - mogli jak najlepiej zaprezentować się gawiedzi potocznie zwanej wyborcami. Merytoryczność kampanii (chyba wszyscy się zgodzą, że trwa już jakiś czas) ujawniła się deklaracją (ostrzeżeniem? groźbą? wybrykiem quasi-werbalnym?), że jest "coś" na potencjalnego jednego z kandydatów. Wow, czym może być to coś. A to jakieś kontakty ze służbami amerykańskimi (w tym znaczeniu bliżej im do imperialistycznych niż sojuszniczych...), a to jakieś wydatki (to jest ciekawe: posługujemy się bardzo precyzyjnymi danymi numerycznymi "jakieś"), a to coś tam jeszcze. A wszystko tajne przez poufne (wielkie dzięki dla Braci Coen). Wniosek jednak jest jeden: jak kandydat zdecyduje się kandydować no to nie ma że boli: wyborca wiedzieć musi. Coż, nie ma zmiłuj. Nie da się żyć z tą wiedzą, pewnie nawet się z nią współżyć też nie da. No, ale jak się wycofa, to jednak ustawy o ochronie informacji niejawnych nie będziemy stosować. Było, minęło. Wniosek: te tajne, mrożące i dyskwalifikujące informacje nie pozwalają spełniać kryteriów do bycia prezydentem RP. Natomiast pozwalają jednak być posłem i ministrem. Pokraczność takiego myślenia znajduje uzasadnienie chyba tylko w w strategii znanej już wcześniej, czyli za klasykiem "ciemny lud to kupi". Niestety, część chyba kupi...

Ale by nie było wrażenia, że powyższe przesłania mi rzeczy ważne i wazniejsze, dowodem niech będzie fakt, iż w końcu - bazując m.in. na zaufaniu do mojej 4latki (wiem, wiem, równie mocne może okazać się jak ufność w wegetarianizm krokodyla) - zmieniłem sprzęt grający. mały wash&go do prania, grania i słuchania został w końcu zastąpiony komponentami marantza i słuchawkami yamahy. Wiem, wiem, to oczywiście nie oznacza, że przekroczony został rubikon oddzielający masy od audiofili: w końcu kredytu pod hipotekę mieszkania, studiów córki i zarobków ew. wnuków nie brałem. Wizja, że zaufanie pewnego dnia okaże się płonne i znajdę córkę np. sprawdzającą paluszkiem odporność membrany w niskotonowym nie pozwalała "szaleć" (no, i takie wyjaśnienie zawsze lepiej brzmi, niż to, że na np. b&w z górnej półki zabrakło srebrników). Niemniej liczy się to co się odczuwa. A odczuwa się stany orgiastyczne. Taki np. koncertowe "time after time" na trąbkę Milesa zabrzmiało tak, że prawie tego nie uniosłem. Z naciskiem na prawie, bo jednak wszystkie płyny ustrojowe utrzymane!

Brakuje jeszcze Blu-raya, ale mają dowieźć :-)

Wszystkie zamieszczone tutaj poglądy są wyłącznie moje własne, mają charakter prywatny i nie mogą w żaden sposób być interpretowane jako reprezentatywne dla któregokolwiek z moich pracodawców.

07:53, piotr_raku
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 lutego 2010

Nastała nam piękna pora roku. Wszechogarniająca biel płatków śniegu, z domieszką szarości hałd starego śniegu zmieszanego z solą oraz wszelkich odcieni żółci będącej wynikiem posiadania czworonogów. Dzieciątka lepią bałwany. Przepiękne sople lodu kojarzą się z krajobrazem jaskiniowym (acz też z filmem "Omen"). Słowem: p jak piękne.

I w tych pięknych okolicznościach przyrody, by zacytować klasyka, z naturą się zmaga nasza kolej żelazna. Na wstępie uprzedzam, że nie zamierzam się czepiać czy to kondycji naszego krajowego przewożnika(ów), czy to form dialogu społecznego prowadzonego przez związkowców z rządem, czy też standardów czystości przedziałów (które nierzadko budzą skojarzenia, jakby jeszcze tydzień wcześniej ostatnie niedobitki Armii Czerwonej były nimi wywożone z Legnicy). Nic z tych rzeczy.

Czepić się jednak chcę jednej tylko rzeczy: polityki informacyjnej. By nie być gołosłownym, kilka przykładów z życia wziętych. Primo po pierwsze (jak mawiał stary Piekutoszczak w „Domie”) informacja wokalna na peronach. W jednym z cudów architektonicznych powojennej W-wy mieści się taki Dworzec Centralny. Obiekt ten posiada niezwykle rozbudowany system radiowęzła, aby umiłowani podróżni oczekujący na pociąg byli stale na bieżąco. I co? I nic. Jakkolwiek w miarę inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, że zima nie ułatwia życia, więc pociąg się może spóźnić. Na tej powszechnej wiedzy chyba jednak buduje swoją strategię przewoźnik, bowiem nie uznaje za celowe zbyt często podawać czas spóźnienia. Zbyt często jest eufemizmem, bowiem podaje prawie wcale. Standardem jest, co mnie zresztą rozczula, że np. informację o spóźnieniu pociągu podaje się 10 min po jego planowanym odjeździe. Jakże miło wtedy jest obserwować to powolutku rodzące się napięcie na peronie, te coraz bardziej rozbiegane spojrzenia, nerwowe dreptania, nierzadko zmiany peronów. A może o to chodzi.

Inny przykład. W takim Aleksandrowie Kujawskim (miejscowość posiadająca bezpośrednią komunikację z Ciechocinkiem i leżąca nieopodal miasta, gdzie bije serce Polski oraz produkują pierniki) pomieszkuje osobnik, który znalazł sobie cel w życiu. Jest nim (chyba) pozorowanie próby samobójczej, polegającej na wchodzeniu na kładkę nad torami i przygotowywaniu się do skoku na tory vel druty wysokiego napięcia. Efekt? Osobnik sobie stoi, służby wszelakie otaczają teren, a kolej odcina prąd (co skutkuje zatrzymaniem jakiegokolwiek taboru w obu kierunkach w okolicy miejsca zdarzenia). Rozpoczynają się procedury, które z założenia muszą trwać. Pompowanie poduszki ratowniczej, ściąganie zaspanego negocjatora, regulowanie ruchu gapiów. Tylko że to wszystko się wie, jak się jest na miejscu. Natomiast jako pasażer pociągu, stojąc gdzieś w polu przed miastem – nie wie się nic. Niente, zero, null. Oczywiście nikt o zdrowych zmysłach nie będzie obsztorcowywał konduktora, lub też domagał się odpowiedz na pytanie „Panie, kiedy ruszym?”. A zatem zapytuję: czy nie można puścić informacji po całym pociągu ze stosowną informacją? Nawet jeśli za wiele się nie wiem to jednak ludzie byliby od razu spokojniejsi. Pomijam, że traktuje się wtedy ludzi jak klientów, którzy zapłaciwszy korzystają z usługi, a nie pasażerów wagonów bydlęcych kierowanych swego czasu na wschód, gdzie informacji nie było żadnej. Niby banalna rzecz, wydaje się prosta, a jednak…

No, ale idzie weekend, więc cieszyć się trza. W końcu Orzeł z Wisły skacze!

Wszystkie zamieszczone tutaj poglądy są wyłącznie moje własne, mają charakter prywatny i nie mogą w żaden sposób być interpretowane jako reprezentatywne dla któregokolwiek z moich pracodawców.

Tagi: PKP
11:00, piotr_raku
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2